One night in Bangkok na dwóch kółkach

Pociąg wjechał na dworzec Bangkok Hua Lamphong wczesnym rankiem. Po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nocne podróżowanie w wagonie sypialnym niesie za sobą 3 korzyści:

  1. jesteś wypoczęty,
  2. pokonujesz setki kilometrów nie tracąc cennego czasu,
  3. oszczędzasz pieniądze.

Tuż obok dworca znajduje się przystanek autobusowy, skąd bardzo tanio można dostać się do centrum. Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy hotel w okolicy Khao San Road – najsłynniejszej ulicy backpackerskiej na świecie. Z kilku relacji dowiedzieliśmy się, że nie warto wybierać hosteli znajdujących się bezpośrednio na niej, gdyż w nocy ulica zamienia się w morze biesiadników i nie sposób zmrużyć oka.

Chwilę zajęło nam znalezienie miejsca naszego noclegu – Adamaz House, którego wejście okazało się być wciśnięte w klaustrofobicznie wąską uliczkę. Pokój spokojnie mógłby konkurować z europejskim budżetowym standardem. Po szybkim prysznicu postanowiliśmy dać Bangkokowi drugą szansę i tym razem pochodzić po bardziej turystycznej części miasta. Po wyjściu na dwór zauważyliśmy dziwne zaczerwienienie na tylnej części ud Asi. Wyglądało to trochę jak odgniecenia, a trochę jak wysypka, a co najdziwniejsze zaczerwienienia układały się w regularne paski na całej długości ud. Nie mogąc rozszyfrować tej zagadki postanowiliśmy się nie przejmować i odczekać trochę czasu z nadzieją, że “to coś” zniknie samo.

tajlandia bangkok adamaz house hotel uliczka

Parę minut później naszym oczom ukazało się wspomniane wcześniej Khao San Road. Ulica prezentuje się dokładnie tak, jak większość z nas wyobraża sobie Azję: masa kolorowych szyldów, tłok, tuk tuki, wózki z jedzeniem, bibeloty na straganach, ogólny rozgardiasz i… 80% białych twarzy. Od razu widać, że to mekka backpackersów. Nie zdziwcie się, jak najpierw zaczepi Was krawiec namawiający na kupno skrojonego na miarę garnituru, a kilka metrów dalej jakiś młodzieniec wciśnie Wam do ręki zniżki na hit tajskich wieczorów – ping pong show (zainteresowanych odsyłamy do wujka Google). Bez wątpienia, traficie także na staruszków sprzedających drewniane imitacje węży jak i mężczyzn zapraszających na galę tajskiego boksu, podczas której turyści są bezczelnie naciągani na przeraźliwie drogie drinki. Ta 400-metrowa ulica z pewnością ma swój charakterystyczny urok, szczególnie polecamy przejść się nią po zmroku, kiedy to przeistacza się w międzynarodową imprezownię.

tajlandia bangkok khao san road marek
tajlandia bangkok khao san road

Wiedzieliśmy, że Bangkok słynie z przepięknych zabytków, jednak zniechęceni próbami zwiedzania Wielkiego Pałacu w spiekocie i ścisku sprzed kilku dni, postanowiliśmy znaleźć alternatywę i połączyć przyjemne z pożytecznym. Nocna wycieczka rowerowa organizowana przez Grasshopper Adventures okazała się strzałem w dziesiątkę.

tajlandia bangkok khao san road weze
tajlandia bangkok bankomat mcdonalds

Udaliśmy się do siedziby firmy w południe, aby mieć pewność, że znajdą się dla nas miejsca jeszcze tego wieczora. Uiściliśmy opłatę w wysokości 1150 bahtów (~126 zł) i mając jeszcze kilka godzin do rozpoczęcia wycieczki postanowiliśmy poświęcić czas na wysłanie pocztówek, co okazało się być nie lada wyzwaniem, gdyż widokówek było jak na lekarstwo. Po kilkukrotnym przejściu Khao San i pobliskich uliczek w końcu udało nam się coś dorwać. Pozostało tylko wypisać jakieś 20 kartek… Biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy do opowiadania bardzo dużo i do każdego chcieliśmy napisać trochę więcej niż “serdeczne pozdrowienia z wakacji”, proces ten zajął ponad 2 godziny.

tajlandia bangkok bazary streetfood jedzenie na ulicy
tajlandia bangkok streetfood wozek
tajlandia bangkok tuk tuk

O 17:30 stawiliśmy się w siedzibie Grasshoppers Adventures. Już na początku byliśmy bardzo mile zaskoczeni, gdyż dobrano nam do wzrostu całkiem porządne rowery “Merida” i kaski mające chronić nasze europejskie głowy przed chaosem azjatyckich ulic. W skład naszej grupy wchodziła para Brytyjczyków odbywających swoją podróż poślubną i para Hiszpanów, którzy spóźnili się o ładnych kilkadziesiąt minut, gdyż utknęli w korku gdzieś w chińskiej dzielnicy. Kiedy drużyna była już w komplecie przeanalizowaliśmy z naszą przewodniczką – Tajką mieszkającą od urodzenia w Bangkoku – trasę wycieczki. Po krótkiej prezentacji zapaliliśmy światełka i ruszyliśmy poznawać prawdziwe oblicze Bangkoku.

tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa daleko od domu
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa rzeka noca
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa rzeka noca

Zaczęliśmy od przemykania przez ciasne, kręte uliczki i klimatyczne zaułki. Niektóre z nich były tylko kilka centymetrów szersze niż kierownice naszych rowerów. Niemal wjeżdżaliśmy ludziom do mieszkań mając po prawej rodzinkę oglądającą telewizję, a po lewej kobiety piorące przepocone od morderczych upałów ubrania. Mieliśmy szansę zobaczyć miejsca, do których sami nigdy byśmy się nie zapuścili i spojrzeć na ludzi z zupełnie innej perspektywy. Nie widzieliśmy natrętnych handlarzy i naciągaczy, a zwyczajne osoby, które bezinteresownie obdarzały nas uśmiechem.

tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa uliczki
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa prom
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa uliczki
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa uliczki kino liverpool

W pewnym momencie zza zakrętu wyjechał 8-letni dzieciak, który spytał, czy może do nas dołączyć. Nasza przewodniczka przyczepiła do jego BMX’a światełka i chłopczyk towarzyszył nam już do końca, zapewniając wszystkim atrakcje w postaci brawurowej jazdy i trików rowerowych wykonywanych w samych japonkach.

tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa uliczki razem
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa uliczki
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa swiatynia
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa uliczki

Przepłynęliśmy promem na drugi brzeg rzeki Manam (taj. Chao Phraya) i wjechaliśmy na teren buddyjskiej świątyni Wat Arun, czyli Świątyni Świtu, która jest pocztówkowym symbolem Bangkoku. Nocą świątynia jest przepięknie oświetlona i co najważniejsze – zamknięta dla turystów. Przewodniczka przekonała mnichów, aby zgodzili się nas wpuścić do najświętszego pomieszczenia Wat Arun zwanego “ubosot” w ubraniach, w których nigdy w życiu nie zostalibyśmy wpuszczeni próbując odwiedzić takie miejsce na własną rękę. Dostaliśmy nawet prywatną lekcję buddyjskich modlitewnych wygibasów – a nóż kiedyś się przydadzą.

tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa gong
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa swiatynia wat arun ubosot

Kolejnym etapem wycieczki był malowniczy, tętniący życiem targ kwiatów. Tam przekąsiliśmy kilka lokalnych przysmaków i poznaliśmy staruszka, którego ochrzciliśmy ksywką “pan Chow” (skojarzenie z bohaterem filmu “Kac Vegas w Bangkoku” jest tutaj wskazane). Pan Chow sprzedawał pyszne “pierdółki”, o których pochodzenie nie śmieliśmy pytać i chętnie zapozował z nami do zdjęcia.

tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa streetfood
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa streetfood pan chow

Inną buddyjską świątynią jaką mieliśmy szansę odwiedzić “po godzinach” była Wat Pho, czyli Świątynia Leżącego Buddy. To właśnie na tym terenie świątynnym, wśród czterech głównych chedi (stup/kopców) symbolizujących władców państwa urządziliśmy sobie zawody siłowania na rękę. Nasz mały tajski kolega wygrał bezapelacyjnie.

tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa swiatynia
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa swiatynia noca

Przez resztę czasu jeździliśmy po mieście mijając różnorakie zabytki, skręcając w ciemne, wąskie zaułki stanowiące miejsce zamieszkania mniej zasobnych Tajów i rozmawiając ze sobą nad brzegiem Menamu. Jedną z ciekawszych rzeczy, jakich się dowiedzieliśmy był fakt, że pełna nazwa Bangkoku to:

“Miasto aniołów, wielkie miasto rezydencja świętego klejnotu Indry, niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana.”

tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa swiatynia noca

Wycieczka trwała znacznie dłużej niż planowane 3-4 godziny. Przewodniczka poświęciła nam swój prywatny czas i była kopalnią wiedzy jako rdzenna mieszkanka Bangkoku. Jeśli, tak jak my, jesteście fanami aktywnego wypoczynku, nie przepadacie za zwiedzaniem zabytków, a na samą myśli o przepychaniu się z tłumem Azjatów z parasolkami w kolejce do jakiegoś pałacu robi Wam się niedobrze, taka wycieczka będzie dla Was świetną alternatywą na poznanie historii miasta. Po powrocie do siedziby dostaliśmy w prezencie breloczki – mini rowerki, pożegnaliśmy się z ekipą i ruszyliśmy w stronę gwarnego Khao San.

tajlandia bangkok khao san road jedzenie streetfood
tajlandia bangkok khao san road jedzenie streetfood
tajlandia bangkok khao san road jedzenie streetfood piwo chang

Khao San Road było zapełnione ludźmi do granic możliwości. W miejscach straganów pojawiły się bary. Było głośno, międzynarodowo i imprezowo. Na każdym kroku można było spotkać sprzedawców oferujących całą gamę przysmaków: od skorpiona przez larwy po inne paskudztwa. Wzbudzali spore zainteresowanie, dlatego bardzo sprytnie do oferty tajskich zakąsek dołączyli koszt fotografowania asortymentu. My postawiliśmy na klasykę, czyli pad thai, paczkę kawałków arbuza i klasyczne piwko Chang.

tajlandia bangkok khao san road jedzenie
tajlandia bangkok grasshoppers adventures nocna wycieczka rowerowa streetfood stragan
tajlandia bangkok khao san road backpacker noc

Niestety, z nogami Asi było coraz gorzej. Na udach pojawiły się jeszcze większe, czerwone pręgi. Swędzenia nie dało się wytrzymać. Najgorsze było to, że nie mieliśmy pojęcia, co to może być i jak to zlikwidować. Jedno było pewne, jeśli nie uda się tego zwalczyć, reszta wyjazdu będzie koszmarem i ogromną męczarnią.

Po powrocie do hotelu skontaktowaliśmy się z tatą Marka, który jest lekarzem i doszliśmy do wniosku, że są to pogryzienia jakichś pasożytów, najprawdopodobniej pluskiew lub pcheł. Wtedy nas olśniło! Kuszetki w pociągu! Asia spała w krótkich spodenkach, a ślady pojawiły się 2-3 godziny później. Na szczęście mieliśmy ze sobą całą torbę leków, więc mogliśmy łatwo wyprodukować roztwór do przemywania pogryzień rozpuszczając w butelce wody pokruszone tabletki Biseptolu. Okropne, bardzo silne swędzenie i opuchlizna utrzymywały się jeszcze przez tydzień, a ślady zniknęły całkowicie dopiero po 2 miesiącach. Teraz już wiecie dlaczego przez dalszą część wyjazdu mimo 40-stopniowego upału Asia chodziła głównie w długich spodniach. Było to z pewnością jedno z gorszych doświadczeń w całej historii naszego podróżowania, jednak nauczyło nas, jak bardzo trzeba być ostrożnym. Niech nie zmyli Was wykrochmalona pościel w kuszetkach, śpijcie w odzieży szczelnie zakrywającej Wasze ciało.

Kolejnego dnia o godzinie 14 mieliśmy lot do Wietnamu. Na lotnisko dojechaliśmy z dużym zapasem czasu. Suvarnabhumi Airport znajduje się w pierwszej dziesiątce lotnisk, przez które przewija się najwięcej pasażerów, dlatego chcieliśmy być pewni, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Podczas nadawania plecaków jako bagaż rejestrowany, stewardessa stwierdziła, że będziemy chyba najwyższymi ludźmi na pokładzie i przydzieliła nam za darmoszkę komfortowe miejsca przy wyjściu awaryjnym, gdzie można bez problemu wyprostować nogi – tyle wygrać! 🙂 Dodatkowo uprzedziła nas, że tym razem bramka będzie wyjątkowo zamknięta 10 minut wcześniej niż jest to napisane na bilecie. Mając jeszcze zapas wolnego czasu, a w kieszeni sporo bilonu, postanowiliśmy wydać monety na jakieś lepsze śniadanie niż konsumowane dzień w dzień od dwóch tygodni rozpuszczone batony Corny.

O 13 spokojnym tempem udaliśmy się w kierunku stanowiska kontroli bezpieczeństwa i stanęliśmy w kolejce do kontroli paszportowej. Kolejka była dość duża, w końcu to jedno z największych lotnisk na świecie. Czas oczekiwania oceniliśmy na jakieś 10 minut, więc mieliśmy jeszcze spory zapas na dotarcie do bramek. Pierwsza podeszła Asia. Standardowa wymiana zdań:

– Poproszę o paszport.
– Ależ proszę bardzo.
– Jak się podobało w Tajlandii?
– Ależ bardzo się podobało.

Pitu pitu, hi hi hi, ha ha ha.

– Poproszę o kartę wyjazdu.

Chwila zastanowienia…

– Nie rozumiem… o jaką kartę chodzi? Nic takiego nie mam.
– Podczas wjazdu do Tajlandii dostała pani kartę wjazdu i wyjazdu. Aby mogła pani opuścić kraj muszę dostać wypełnioną kartę wyjazdu.

Rzeczywiście… w takim razie musi być gdzieś w teczce lub pasie biodrowym z resztą dokumentów. Asia zaczęła przeglądać wszystkie papiery, jakie ze sobą nosiliśmy, ludzie w kolejce zaczynali się niecierpliwić. Marek podszedł do stanowiska.

– Asia spokojnie, odejdźmy na bok. Na pewno gdzieś jest, ja swoją mam.

Odeszliśmy więc parę kroków dalej i zaczęliśmy przetrząsać wszystkie nasze rzeczy, jednak z każdą minutą robiło się coraz mniej zabawnie. Kiedy minęła godzina, o której informowała nas wcześniej stewardessa wiedzieliśmy, że bramki właśnie zostały zamknięte. Pięknie, utkniemy w tej przeklętej Tajlandii! Wszędzie byle nie tu! A nasze bagaże spokojnie polecą sobie do Wietnamu! Zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć skupiając uwagę wszystkich ludzi. Trochę w desperacji, a trochę licząc na cud, Asia podbiegła do mężczyzny siedzącego w rogu za biurkiem i wypaliła prosto z mostu:

– Za 5 minut odleci mi samolot, potrzebuję nowej karty wyjazdu, błagam!

Facet zmarszczył brwi i trwał w takim bezruchu chyba całą wieczność. W końcu wyjął z szuflady czysty druczek.

– Ratuje mi pan życie!

Z wypełnioną kartą rzuciliśmy się pędem na początek ogromnej kolejki do stanowiska kontrolera paszportów przepraszając wszystkich oczekujących. Nie usłyszeliśmy ani jednego głosu sprzeciwu, pewnie od początku tej szopki wszyscy bacznie nam się przyglądali i obstawiali, czy uda nam się wygrać z czasem. Po przejściu przez kontrolę mieliśmy 3 minuty do startu samolotu. Nie było szans, maszyna pewnie kołowała już po pasie startowym, jednak nie odpuszczaliśmy. Puściliśmy się pędem na poszukiwania odpowiedniej bramki. Międzynarodowe lotnisko w Bangkoku to niestety nie łódzki Lublinek, na którym wszystko jest w zasięgu 100 metrów, a kilkupoziomowy kolos. Lecieliśmy sprintem przez dobre 5 minut, usilnie wypatrując oznaczeń, aby przypadkiem nie zgubić drogi i nie pogorszyć już i tak beznadziejnej sytuacji. Znak wskazywał, że musimy zejść schodami, które były zagrodzone taśmą. Bez zastanowienia przeskoczyliśmy przeszkodę i puściliśmy się pędem na dół, gdzie zastaliśmy… zamknięte drzwi. To już po nas… Odleciał.

Coś jednak nie pozwalało nam się poddać. Wbiegliśmy z powrotem na górę i dotarło do nas, że źle zinterpretowaliśmy znak. Przez kolejne 2 minuty biegliśmy do utraty tchu aż w końcu zobaczyliśmy naszą bramkę i machającą do nas stewardessę, która z uśmiechem na twarzy zawołała:

– Czekamy na państwa. Dostaliśmy informację, że nadaliście bagaże i przeszliście kontrolę bezpieczeństwa, dlatego postanowiliśmy chwilę poczekać.
Opadliśmy na nasze miejsca cali mokrzy, absolutnie wyczerpani fizycznie i psychicznie i zaczęliśmy się śmiać. Udało się!

Żegnaj Tajlandio! Wietnamską przygodę czas zacząć!

Już niedługo podzielimy się z Wami kolejnym postem z cyklu “Wakacje marzeń za drobniaki”. Zdradzimy, ile kosztował nas pobyt w Tajlandii i w jednym miejscu zbierzemy dla Was wszystkie potrzebne informacje. Mamy nadzieję, że wpis będzie się cieszył takim samym zainteresowaniem, jak ten podsumowujący Sri Lankę!

By |2017-04-29T23:55:58+00:007.01.2016|

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o